Jabłko z Kalifornii

Dyskusje na tematy związane pośrednio lub nie związane z profilem forum.

Jabłko z Kalifornii

Postprzez Darson » 14 lut 2009, o 09:06

Witam!
Polecam artykuł Marcina Wichy z Tygodnika Powszechnego:
http://tygodnik.onet.pl/37,0,21172,1,artykul.html
Znajdziecie tam także ciekawą galerię 15 zdjęć kilku czołowych polskich rysowników.

Znając onet za jakiś czas artykuł zniknie, więc wklejam:


Powiadają, że obudowę pierwszego peceta wyklepał ślusarz w piwnicy MIT. Świat podbiły toporne blaszanki, brzydkie niczym ford T i tak proste, że wiejski kowal mógł bez kompleksów dokonać koniecznych napraw.
1.jpg

Nie to, żeby zaraz go kochać. Jesteśmy ludźmi poważnymi. Z drugiej strony, ubogi krawiec musiał coś czuć do swojego singera. Woźnica do starej szkapy. Nawet Dostojewski gotów był przesuwać ciężką szafę, byle wydostać spod niej ulubioną obsadkę. Powiadają, że to rzecz nabyta, przedmiot nieożywiony. Ale niech no coś się stanie z waszym komputerem, niech no, odpukać, padnie i pogrzebie w przepastnym wnętrzu zdjęcia z wakacji, rachunki, miłosne e-maile i co tam jeszcze trzymacie – wtedy już tylko płacz i zgrzytanie zębów.

Oto hymn na cześć mojego macintosha, dla wszystkich jego poprzedników i, daj Boże, następców.

A czym, zapytacie, komputery Apple Macintosh różnią się od innych? Chciałbym odpowiedzieć z takim przekonaniem, jak właścicielka sklepu „Oryginalne produkty niemieckie” przy placu Szembeka.

– A czym się różni niemiecki meister proper od polskiego? – spytałem.

– Jakością! – ryknęła.

Chciałbym to powtórzyć, ale nie mogę. Już nie. Nasłuchałem się przed laty opowieści o macintoshach, które pracowały bez zarzutu w samym środku australijskiej pustyni. Dawne czasy! W zeszłym roku komputer mojego wspólnika (bynajmniej nie na pustyni) dotknęła seria awarii; spalony dysk i uszkodzoną kartę graficzną przyjął z godnością. Załamał się dopiero, gdy usłyszał: „Pański mac cierpi na narkolepsję”.

Niezawodność to już historia.

Pamiętam z dzieciństwa książeczkę Krzysztofa Meisnera („Włochy – kraj wiecznej pogody i słońca”) i historię o włoskim projektancie, którego wynajęto, aby stworzył nadwozie dla brytyjskiego austina A40: niestety „w Anglii, kraju o wiecznie zamglonym krajobrazie”, włoski projekt okazał się obcy, a „wykwintny kontrast małego migacza po prostu niewidoczny”.

Kiedy to było? Te wykwintne migacze? Dożyliśmy czasów, że auta wszystkich krajów i marek wyglądają identycznie. Mgła, nie mgła – i tak wszystkie należą do tego samego koncernu (giń, GM!). Zresztą, gdyby chodziło tylko o samochody! Ale spójrzcie na nasze miasta, zajrzyjcie do sklepów. Wszystko już wygląda tak samo... Genetyczna różnorodność przedmiotów jest poważnie zagrożona.

Maki, cóż, bywają lepsze albo gorsze, ale przynajmniej są inne. Wyróżniają się w tłumie.

Nie wiem, czego dosypują w Kalifornii do coca-coli, ale pewnie zauważyliście ten schemat: najpierw pokazują chłopaczka, który właśnie założył firmę w garażu rodziców i zarobił swój pierwszy miliard dolarów. Potem wszyscy się nasładzają, a po trzech latach wychodzi na jaw, że ten chłopaczek to najgorszy szwarccharakter, ręce ma we krwi chińskich dysydentów i tylko czeka, żeby sięgnąć po władzę nad światem. Gorzej niż w Bondzie.
2.jpg

Otóż firma Apple, jeśli kiedyś miała szansę, by podbić świat, to solennie ją zmarnowała. Fakt, wymyśliła komputer osobisty, ale i tak planetą rządzi dziś Microsoft. Kiedyś, w pradziejach, Apple zdecydowało, że nie będzie instalować na swoich maszynach systemu Windows ani nie zgodzi się, by system operacyjny Apple’a instalowano na komputerach innych marek. Bach! I już było po zawodach. Bill Gates zgarnął całą pulę.

Producentom maców pozostało robić dobrą minę do złej gry: od ćwierć wieku bombardują nas reklamami, w których zachwalają nonkonformizm. W legendarnym spocie „1984” Ridley Scott pokazał, jak Apple zwycięża Wielkiego Brata. Kilka lat później Mahatma Gandhi (z małym logo Apple) zachęcał: „Think different”. Całkiem niedawno firma wypuściła serię filmików, w których sztywny krawaciarz deklaruje „I’m a PC”, a wesoły luzak odpowiada „I’m a Mac”.

Kto chce, niech kupuje te antytotalitarno-hippisowskie bajki. My jednak bez trudu wyczuwamy, że kryją one swojski smak założycielskiej porażki. To trafia do naszych nadwiślańskich serc i umysłów.

W ten sposób maki stały się mniejszością. Udział Apple’a w globalnej produkcji komputerów wyraża się jakimś mikrym ułamkiem. Jednak, przyznajmy, jest to mniejszość widoczna i wpływowa: macintoshowa diaspora obsiadła redakcje, studia graficzne, agencje reklamy. Czy ta nad­reprezentacja wynika tylko z uświęconej tradycji, czy z praktycznych zalet Apple’owskiego sprzętu – nie wiem. Ale jest faktem.

Pół wieku temu producent volkswagena pytał: „Czy zastanawiałeś się kiedyś, czym dojeżdża do pracy operator pługa śnieżnego?”. Otóż cała ta reklamowa sitwa, międzynarodowa liga nawijaczy makaronu na uszy – używa macintoshy. A oni muszą coś wiedzieć! Jeżeli próbowaliście kiedyś zapytać swojego dentystę, jakiej pasty używa, rozumiecie, o czym mowa.

Z drugiej strony, użytkownicy maców muszą się liczyć z różnymi drobnymi szykanami. Nie zainstalują na swoim komputerze programu Płatnik ani słownika dołączanego do gazety. Nie opublikują bloga na Onecie („nasi specjaliści sugerują zmianę komputera na PC” – brzmiała odpowiedź na mój list w tej sprawie). Mac jest też zupełnie nieprzydatny w kontaktach z organami państwa. Można powiedzieć, że nie zniża się do prozy życia. Ma to swój urok.
3.jpg

Pewnie, że pamiętam mojego pierwszego macintosha. Kupił mi go ojciec, wkrótce po tym, jak złotówki odzyskały niepodległość. Przedstawiciele mojego pokolenia zawsze się ożywiają, gdy rozmowa schodzi na temat ich pierwszego komputera.

– Mój pierwszy – mówią – miał 64 megabajty dysku. Dzisiaj komórka mojego psa ma więcej.

– A mój miał ośmiocalowe dyskietki.

– Pamiętam, sam miałem taką. Z Paulem Anką.

– To była pocztówka dźwiękowa, dziaduniu.

– Ale wyglądała tak samo!

Nie pamiętam wielkości RAM-u, pojemności dysku ani prędkości zegara (cokolwiek to znaczy). Za to wciąż mam przed oczami ikonkę Uśmiechniętego Macintosha, mały czarno-biały znak, który pojawiał się na powitanie.

W latach 90. grafika ekranowa była jeszcze tak prosta, że przypominała wzory do haftu krzyżykowego. Dziwne zwierzę, łaciaty krowopies, pomagało ustawić format wydruku. Bomba z płonącym lontem – marzenie anarchisty – sygnalizowała, że komputer się zawiesił, a Uśmiechnięty Mac miał też złego brata bliźniaka, Smutnego Macintosha. Ten zwiastował poważniejszą awarię, dzwonienie po pomoc, wizyty w serwisie...

Wiele lat później wyczytałem, że wszystkie te znaki (dzisiaj można je oglądać w nowojorskim Museum of Modern Art) zaprojektowała Susan Kare. Ludzkość zapamięta Kare jako osobę, która sprawiła, że niepotrzebne pliki wyrzucamy do komputerowego kubła.

I właśnie na tym polegał wielki pomysł Steve’a Jobsa: komputer, z którym porozumiewamy się za pomocą obrazków i wizualnych metafor, a nie pracowicie wstukiwanych kodów i komend. Graficzny interface Jobs podpatrzył w laboratoriach Xeroksa i wkrótce zastosował w swoich modelach lisa i macintosh. To była rewolucja! Zasada rynku mówi, że co Apple wdroży, to Microsoft (prędzej czy później) skopiuje, toteż z czasem różnice między nimi zanikają. Jednak zauważyłem, że w laptopie mojej żony zamiast swojskiego „trash” jest „recycling bin” (cały Microsoft – zawsze przedobrzą!).

Najważniejsze, że Susan podziwiała wielkiego grafika Paula Randa i w swoich projektach kierowała się tym, co jej mistrz określił jako „Play instinct”. Tak, macintosha zawsze przenikał instynkt zabawy, zaprzęgnięty do ciężkiej pracy. A czasami nie takiej ciężkiej, na szczęście.
4.jpg

Kiedy w III RP zawierałem znajomość z Uśmiechniętym Makiem, firma Apple była już legendą. W ciągu kilku lat korporacja założona przez Steve’a Jobsa i Steve’a Wozniaka zrewolucjonizowała rynek. Zresztą co to znaczy: „zrewolucjonizowała”?!

Ona go stworzyła, wypuszczając pierwsze małe komputery apple 1 i apple 2. Logo z nadgryzionym jabłuszkiem, zamówione za parę dolarów, zdążyło stać się jedną z najpotężniejszych marek świata. W 1981 r. ze spółki odszedł Wozniak. W 1984 r. debiutował model macintosh (dając przy okazji potoczną nazwę produktom firmy z Cupertino), a w 1985 r. knowania zarządu doprowadziły do rezygnacji Jobsa. Przez następnych kilka lat marnował swoje talenty na różne przedsięwzięcia w rodzaju studia animacji Pixar (nigdy nie polubiłem „Toy Story”). W Apple’u nastał czas smuty, przebąkiwano już nawet o bankructwie, a my, użytkownicy, musieliśmy znosić docinki i pełne fałszywej troski spojrzenia pececiarzy.

Dopiero na przełomie wieków, po wyczerpaniu wszystkich innych możliwości, zarząd zrobił to, co trzeba. Steve Jobs triumfalnie wrócił do firmy. Znów zaczął się gwiezdny czas. Jonathan Ive – naczelny projektant Apple’a – rozwinął skrzydła i zdumiony świat ujrzał kolorowe iMaki. Pytania o procesor i dysk chwilowo zeszły na dalszy plan, teraz przy kupnie komputera człowiek musiał podjąć ważniejszą decyzję. Wybrać kolor! Limonka, truskawka, jagódka? A może mandarynka? Albo elegancki grafit? Klientela oszalała ze szczęścia. Starzy fani czuli się jak kibice, gdy po latach niepowodzeń ich klub zdobywa mistrzostwo Europy, Puchar Świata i Grand Prix Galaktyki.

Powiadają, że obudowę pierwszego peceta wyklepał ślusarz w piwnicy MIT. Świat podbiły toporne blaszanki. Brzydkie niczym ford T i tak proste, że wiejski kowal mógł bez kompleksów dokonać koniecznych napraw. A kiedy fordy T odwaliły już swoją czarną robotę, przyszedł czas na buicki i cadillaki... Landrynkowe iMaki obwieściły nową epokę. Były jak wisienka na komputerowym torcie (względnie jagódka czy limonka).

A Steve Jobs szalał. Co kilka miesięcy urządzał show i – zawsze ubrany w swój legendarny uniform (niebieskie jeansy, czarny T-shirt) – wyciągał z kapelusza kolejne króliki. Muszę przyznać, że zupełnie nie doceniłem przełomowego znaczenia, jakie miała prezentacja iPoda („jakiś nowy dysk przenośny” – pomyślałem). Premierę nowego systemu operacyjnego przyjąłem z rezerwą, ponieważ oznaczała pożegnanie z klasycznymi ikonkami Susan Kare (zastąpiły je nieznośnie realistyczne winietki). Ale nawet ja widziałem, że Apple wciąż się rozwija.

Design, projektowanie przemysłowe, kwitnie podczas kryzysu, gdy ascetyczne, funkcjonalne formy świadczą, że producent liczył się z każdym centem. Nigdy nie przekonałem się do opływowych kształtów iMaca. Ku mojej radości, w początku nowego stulecia, gdy nad rynkami świeciło jeszcze słońce, a hossa wydawała się nie mieć końca, Jonathan Ive dokonał zwrotu i komputery Apple’a znów nabrały szlachetnej prostoty. Absolutnie nie twierdzę, że między tymi faktami jest jakiś związek, zresztą było jeszcze potem kilka tłustych lat, ale... No cóż, w końcu dobre czasy się skończyły.

Steve Jobs zachorował. Walczył z rakiem. Wyzdrowiał. Podobno znów choruje. Agencja Bloomberg przez pomyłkę opublikowała jego nekrolog. Kursy akcji szalały. Potem przyszedł giełdowy krach. Kryzys.

Ale korci mnie, żeby przytoczyć na koniec historyjkę o tym, jak spotkali się kiedyś w Ameryce absolwenci Wydziału Mechaniczno-Matematycznego Uniwersytetu Łomonosowa. Cieszą się, piją, tylko jedna Irinka siedzi smutna.

– Co cię gryzie? – pytają koledzy.

– Ach – odpowiada Irina – Sieriożka sprawia kłopoty wychowawcze. Rzucił naukę, na uczelnię nie chodzi, tylko siedzi z jakimś kolegą i mówi, że zakładają firmę.

– Nie martw się – pocieszają przyjaciele. – W Ameryce wszystkie dzieci tak mają, za rok mu przejdzie i wróci twój Sieriożka do nauki...

– I jeszcze nazwę taką głupią wymyślili – wzdycha Irina.

– Google!

Kryzys też minie. W gazetach piszą, że amerykańską gospodarkę wyciągną za uszy różni Sieriożkowie. Już grzeją motory w kalifornijskich garażach, już wytężają swoją niezrównaną innowacyjność. Instynkt zabawy ocali świat (a w każdym razie kapitalizm).

Marcin Wicha
Źródło: onet.pl/Tygodnik Powszechny
Nie masz wystarczających uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.
Darson
 
Posty: 154
Dołączył(a): 3 sty 2008, o 23:54

Powrót do Hydepark OSx86

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

cron